Oblivion: Remastered po pierwszych godzinach

Uwielbiam serię Elder Scrolls od czasu Daggerfalla w głębokich najntisach. Niedawno zresztą przeszedłem go we współczesnym porcie Daggerfall:Unity. Nie wiem ile godzin w sumie nawinąłem w Daggerfall, Morrowind (zarówno oryginalnym jak wyszedł, jak i OpenMW niedawno) i Oblivionie, bo to były czasy przed Steamem, ale na pewno sporo. W Skyrim mam w sumie 270h. Rozbudowy i wymiany peceta zazwyczaj robiłem właśnie z okazji kolejnej części TES. 

Oblivion:Remastered miałem sobie dać na wstrzymanie, bo drogo (steamowy przelicznik dolara 5zł) i na pewno wydajnościowo będzie słabo na początku, zwłaszcza że to UE5, i będzie niegrywalny na Decku. Ale okazuje się że na Decku jest grywalny od pierwszego dnia, a do tego Bethesda podarowała grę deweloperom Skyblivion czym ujęła mnie za serce. Więc wyskoczyłem z hajsu i, kosztem spanka, w ostatnie dwie noce udało mi się pograć w sumie 5h. Tutorial, trochę zwiedzania i zadań pobocznych, odbicie Kvatch.

Jest dobrze.

Tak właśnie powinien wyglądać remaster. Aktualizacja objęła przede wszystkim grafikę i tutaj Unreal Engine 5 dostarcza na tyle ślicznie, że zamiast marudzenia na średnią wydajność -- żeby grać w 4K w wysokich na moim Radeonie RX 6800 w komfortowych 40-50 fps muszę ustawić FSR na Balanced -- rozważam wymianę grafiki. Znaczy powrót do doświadczenia oryginalnego Obliviona w 2006 roku jest pełny. Oprócz grafiki i interfejsu zmieniono przede wszystkim system awansowania postaci, spaprany w oryginalnym Oblivionie.

Oczywiście nie ma gry Bethesdy bez baboli w dniu wyjścia. Blokujących baboli jest mało, do desktopu gra wywaliła mi się zaledwie dwa razy, za to jest kilka śmiesznostek. Jak na przykład to że w perspektywie pierwszoosobowej silnik graficzny nie renderuje postaci gracza poza częściami wyposażenia, dzięki czemu można zaobserwować takie głupotki jak cień lewitującego miecza, tarczy i kołczanu.

Jak na razie polecam!
Uploaded image