MOXO Restaurant and Club - recenzja

MOXO Restaurant and Club w Fabryce Norblina oceniam na 3/5, 
a i to na zachętę.

Po ponad dwóch latach pandemicznej smuty nowe miejsca i nowe knajpy wywołują ekscytację. Zwłaszcza kiedy pojawiają się w zestawie z takim miejscem jak nowa Fabryka Norblina i są tak mocno pompowane w internecie jak MOXO. Postanowiliśmy więc tam pójść z dwoma kolegami, porozmawiać o klikaniu w komputer.

MOXO robi świetne wrażenie na zewnątrz oraz na swojej stronie internetowej: sprawny system rezerwacji z wyborem stolika i przedpłaceniem za rezerwację po sto złotych za osobę. Okej, rzadkie, ale w takim razie może oznaczać knajpę rzeczywiście wartą odwiedzenia.

W środku przywitała mnie pani z niezbyt przyjazną miną i po potwierdzeniu że mam rezerwację odesłała mnie krótkim "zaproszę pana do szatni na dole". Znacie mnie, nie oczekuję obsługi z szerokim uśmiechem, ale tutaj naprawdę miałem wrażenie że pani przeszkadzam.

W środku niezła organizacja sali, muzyka jazzowa na żywo i pompowany promocją "najwyższy bar w Polsce", któremu bliższe przyjrzenie się przekłuwa balonik: owszem, półki pod wysoki sufit robią wrażenie, ale wszystkie wyższe są dość puste (ta sama butelka osiem razy), a te dolne półki w zasięgu ramion barmanów nie robiły wrażenia wyborem. Ale siedziałem przy stoliku kilka metrów od baru, nie ma co się uprzedzać. 
Kelner pojawił się szybko i robił wrażenie ogarniętego. Przez chwilę. Na pytanie "Jaki macie wybór whisky?" powiedział że w takim razie zaraz podejdzie barman, przedstawi ofertę i pomoże w wyborze.

Po dziesięciu minutach barman wciąż nie przyszedł, trochę zawód i duży minus. Za to przy stoliku byliśmy wszyscy trzej, więc poprosiliśmy kelnera o napoje z karty (temat barmana uleciał jak sen złoty). Oferta whisky nie powala, zwłaszcza jak na "największy bar w Polsce" (mam lepszy i szerszy wachlarz w swoim skromnym regale z Ikei), ale z radością zauważyłem w karcie i zamówiłem rum Smith&Cross, jamajskiego śmierdziela którego uwielbiam. I szklankę wody niegazowanej do tego. Kelner przyniósł rum w kieliszku tulipanowym (standardowy Krosno Epicure, ale i tak duży plus za szkło degustacyjne) ale wody już nie, kolejny temat który uleciał jak sen złoty.

MOXO chwali się połączeniem kuchni japońskiej i peruwiańskiej. Skoro peruwiańskiej to powinien być niezły wybór mięs - a tu niestety tylko trzy pozycje, z czego z wołowiny tylko polędwica. Zamówiłem i zażartowałem kolegom że oczekuję rozczarowania, bo trzeba niezłego kucharza, odpowiedniego do tak aspirującej knajpy jak MOXO, żeby z polędwicy wycisnąć coś ciekawego zamiast nudnego dania którego jedyną zaletą jest delikatność. Medium rare, to chociaż zobaczymy czy będzie odpowiednio wysmażona.

Polędwica okazała się wysmażona bardziej na medium, ale kelner nie spytał czy odpowiada mi stopień wysmażenia (coś czego kelner nigdy nie zapomina w taniej "amerykańskiej" sieciówce) a ze względu na towarzystwo nie chciałem marudzić. Całe danie można streścić jako "uczeń technikum gastronomicznego robi swoje pierwsze danie z wołowiny" -- poprawnie ale oczekiwałem czegoś z minimalnym choć charakterem od knajpy z takim marketingiem i zostawieniem ponad siedmiu stów za trzy osoby.

Deser za to był zwyczajnym rozczarowaniem. "Imbirowe brownie", sugerujące słodko-wytrawny i mocno czekoladowy deser, okazało się przekładańcem z kremem pod warstwą karmelu.

Podszedłem do POS-a z naszym kelnerem żeby dyskretnie zapłacić i zostałem dwa razy odesłany do stolika. No trudno. Na dodatek kelner nie wiedział ile zapłaciliśmy przy rezerwacji a więc ile ma odliczyć z płatności. Odbierając rachunek niewinnie spytałem czy dobrze widzę że serwis jest doliczony (zgodnie z zapowiedzią na karcie, +12.5% do każdego rachunku), na co kelner odparł że "no niby tak, ale jest to serwis restauracyjny a nie kelnerski". Doceniam szczerość ale skoro restauracja już z automatu dorzuca taką kwotę to mogliby zgodnie z opisem oddać to obsłudze zamiast traktować to jako dodatkowe źródło zarobku knajpy. Zostawiłem więc jeszcze napiwek w gotówce, pozostając o suchym pysku bez tej wody co o nią prosiłem do rumu.

Trochę sobie porozmawialiśmy o restauracji i obsłudze, bo jednak taki rozrzut między aspiracją knajpy i jej marketingiem a realnym doświadczeniem to jest temat nie do uniknięcia. Kolega który trochę bardziej bywał celnie podsumował że "to miejsce zdegraduje się do cocktail baru w którym młodzi, piękni i niebogaci będą przy barze znajdowali starych i bogatych". I to czeka MOXO jeśli nie zainwestują w załogę, zarówno szkoleniem jak i przekazywaniem im kwoty z doliczanego automatycznie "serwisu".

Rzadko bywam w knajpach aspirujących hardziej niż jej klientela, MOXO jest jedną z takich. Mam nadzieję że się wyciągną bo potencjał jest i kilka rzeczy jest zrobionych dobrze.