"Iron Fist" S1
dawno temu w odległej galaktyce okazało się, że licealny plan zajęć nie pozwoli mi kontynuować trenowania karate w ursusie. szukając alternatyw w pasujące mi dni trafiłem wtedy na kung fu które towarzyszyło mi przez większość liceum. dwa czy trzy lata trenowania to mało, przerwałem krótko przed egzaminem na drugą, żółtą szarfę, ale byłem zajarany całym ówczesnym nastoletnim zajaraniem, przy okazji czytając o historii i kulturze chin, zacząłem się też uczyć mandaryńskiego. filmy z jackie chanem widziałem wszystkie, sporo też innych produkcji z hongkongu. jako że to było dawno i krótko, nie wspominam tego często.
cały ten przydługi wstęp zamieściłem żeby pokazać jakiego wyczynu dokonał netflixowy "iron fist": otóż boli mnie nawet w kung fu. w moje dawne, krótkie i zapomniane kung fu. finn w roli mistrza który dwie trzecie życia spędził na trenowaniu w klasztorze jest tak kompletnie niewiarygodny że mi wpada w uncanny valley. jego ruchy są tak niechlujne, pozbawione precyzji, techniki i panowania nad ciałem jakby robił swoje pierwsze formy (kata).
to najbardziej wyłazi kiedy zestawi się go ze świetnie zagraną i "wywalczoną" coleen wing. oraz w scenie walki z pijanym obrońcą dłoni w s01e08: widać że przeciwnik umie sporo, widać że choreograf wykonał świetną robotę mimo klasycznego już zestawienia stylu pijanego mistrza kontra pięć zwierząt, po czym scena jest rozpieprzona cięciami dobranymi nie zgodnie z rytmem walki, tylko z potrzebą przełączania na dublera. a i tak finn kładzie te ujęcia, które mu oddano ze względu na gębę.
w tym samym odcinku jest równie fajna scena walki jaką rzadko się widuje w kinie azjatyckim: chiński miecz kontra japońska katana, dwie bronie kompletnie różne nie tylko siecznością, kształtem i wyważeniem żelaza, ale przede wszystkim stylami. i to widać, wspaniały widok w wykonaniu dwóch aktorek, gdzie choreografia oddaje obu stylom sprawiedliwość znajdując fajną równowagę między baletem styli a kanciastoscią prawdziwej walki.
wszystkie sceny walk z iron fistem są zwyczajnie spieprzone, mimo dobrej roboty choreografa i zdjęciowca. w roku 2017, w produkcji za ciężkie miliony dolarów, osiemnaście lat po pierwszym matrixie który zachodniemu mainstreamowi przywrócił fascynację kinowym kung fu.
yes i mad.