Blogowanie u siebie
Blogowanie u siebie nie jest łatwe, ale zdecydowanie warte świeczki. Cudza platforma zawsze zachęca, głównie promocją i ekspozycją, a także społecznością i łatwością. To są bardzo mocne argumenty, zwłaszcza na początku wrzucania treści, bo zwiększają dopaminowe strzały od wiele większej liczby wyświetleń, lajeczków czy komentarzy. Dla ludzi dla których ma to związek z pracą zarobkową, te wyświetlenia i reakcje mogą się przełożyć na bardzo wymierne kwoty. Pisanie na platformie jest więc bardzo racjonalną decyzją.
Tylko potem platforma gównowacieje (oryginalny temin enshittification ma już wpis na Wikipedii). Zaczyna się od zamykania dostępu dla niezarejestrowanych żeby zgarnąć na platformę więcej użytkowników. Potem zaczyna się wyświetlanie reklam albo wdrażanie paywalla. Jednocześnie się okazuje że z platformy bardzo trudno uciec bo domena, a więc też linki, należą do platformy. Pójście na swoje nawet ze starymi wpisami oznacza więc i tak budowanie odnośników od zera, a na dodatek teraz ukaranych przez wyszukiwarki za "plagiat" (powtarzanie treści którą wyszukiwarka zaindeksowała dawno temu pod innym adresem).
Scott Hanselman jeszcze w 2012 napisał artykuł na który trafiłem dopiero niedawno ale który żyje w mojej głowie za darmo od tamtego czasu, Your Words Are Wasted. Nie będę jej powtarzał ani referował, powiem tylko że zgodziłem się z nią od razu, a od tamtego czasu szukałem wygodnego wehikułu do blogowania. Czegoś co będzie na mojej własnej domenie ale oparte o opensource silnik, ale jednocześnie nie będzie kobyłą jak Wordpress. Czegoś gdzie będę mógł wygodnie wrzucać małe rzeczy nie tylko z komputera, ale też z telefonu czy tabletu. Wczoraj dzięki koledze Szotkowskiemu dowiedziałem się o Pagecord, silniku blogowym gdzie do wersji hostowanej mogę podpiąć własną domenę, a nowe wpisy wrzucać przez emaila, który jest open-source i to w technologii której poświęciłem prawie całą swoją dotychczasową karierę programisty (Ruby on Rails). Nie minęły 24 godziny -- i oto mamy ten wpis.
Plan jest taki, żeby zaimportować tu wpisy ze staruteńkiego Joggera, który był moim pierwszym blogiem założonym bodajże w 2004 czy 2005. A potem wrzucić też wpisy które jak dotąd wrzucałem tylko na Facebooka. Z Facebooka nie planuję się wynosić, to wciąż najlepszy sposób utrzymywania kontaktu ze znajomymi (zwłaszcza dalszymi), ale czasy są takie że zakończenie kariery fejsbukowicza może być niekoniecznie moją decyzją.
I właśnie dlatego to miejsce. Gdzie może i nie ma lajków, komci, a reszery wymagają skopiowania adresu -- ale za to jest *moje*, od początku do końca.